Kategorie
bez kategorii

Wrogowie dostępności

Myślę, że każdy kto zajmował się dostępnością cyfrową na swoją propozycję ogarnięcia tematu usłyszał co najmniej raz „nie mamy pieniędzy”, „brakuje nam czasu”, „brakuje nam ludzi”, „ale my mamy wszystko dostępne i to co najmniej po kilkanaście sztuk”.

A co jeśli jest i kasa, i czas, i ludzie, i zrozumienie? Wtedy mogą pojawić się nowi „wrogowie” dostępności, którzy na dodatek wyłaniają się spośród jej przyjaciół.

WUCEAGIE

Niektórzy zwą go też czasem „Wucegiea”. Bez względu jednak na kolejność literek chodzi o jedno – stan, w którym standardy dostępności WCAG traktowane są jako najwyższe dobro, a zgodność z nimi jako cel ostateczny wszelkich działań w obszarze dostępności. Konsekwencji takiego podejście jest naprawdę dużo.

Tylko prawo

„Skoro mamy obowiązek prawny zgodności z WCAG 2.0 na poziomie AA to nie obchodzi nas poziom AAA czy WCAG 2.1”.

W efekcie tego, choć spokojnie w projekcie można ogarnąć wiele dodatkowych, ważnych elementów WCAG to skupiamy się tylko na tym, co jest wpisane w ustawę czy rozporządzenie, dotyczące danego klienta. I choć na przykład w organizacji jest potencjał do uproszczenie i poprawy zrozumiałości publikowanych w serwisie tekstów to praca redaktorów kończy się na dodaniu opisów alternatywnych do 20 zdjęć. No bo zrozumiałość to już poziom AAA.

Tylko audyty

Inną konsekwencją Wuceagie jest „audytomania”. Większość działających w temacie dostępności cyfrowej robi głównie audyty eksperckie. Większość zastanawiających się nad dostępnością swoich zasobów zamawia audyty zgodności z WCAG. Pisałem już o tym problemie w artykule „Dajcie już spokój z tym audytami”.

W audytach zgodności z WCAG ginie bardzo często całościowe spojrzenie na dostępność produktu czy usługi i zrozumienie tego problemu. Dostępność rozpatrywana jest bowiem w nich z perspektywy pojedynczych niezgodnościach z pojedynczymi wymaganiami WCAG. Na dodatek w dużych projektach te pojedyncze niezgodności poprawiają różne, nie zawsze współpracujące ze sobą, osoby czy nawet firmy. Koniec końców powstaje rozwiązanie składające się z pojedynczych, zgodnych z WCAG elementów, które nie bardzo chcą ze sobą współbrzmieć.

Tylko to i nic więcej

Dla podejścia „Wuceagie” charakterystyczne jest także traktowanie WCAG jako „kompletnej listy wszystkich i jedynych potrzeb osób z niepełnosprawnościami”. Buduje to czasem złudne wyobrażenie, że oto mamy rozwiązanie wszystkich problemów i usprawiedliwienie od dalszego myślenia o użytkownikach z niepełnosprawnościami. Czyli w sumie już nie trzeba się z nimi konsultować, bo ktoś, wprawdzie masakrycznie technicznym językiem, ale jednak zebrał to już i opisał.

Tymczasem bez zrozumienia np. w jakich sposób użytkownicy czytników ekranu nawigują w serwisach czy aplikacjach, nie sposób dopracować rozwiązania tak żeby było zgodne z WCAG ale też funkcjonalne i przyjazne dla takich osób.

NIEPEŁNOSPRAWNOŚĆ

Dostępność powszechnie łączona jest niemal wyłącznie z tematem niepełnosprawności i to najczęściej rozumianej w sposób medyczny. Na pytanie o skojarzenia z tym tematem dostaję odpowiedzi „niewidomy”, „na wózku”, „niesłyszący” itp. I ja to nawet jakoś rozumiem, bo wyrażenie „dostępność dla osób niepełnosprawnych” jest w polskim i europejskim prawie, w książkach, w artykułach, w wypowiedziach ekspertów, a w ostatnim czasie także w programach partii politycznych. Jest to także zbitka słów podpowiadana przez wyszukiwarki internetowe jako rozwinięcie hasła „dostępność”. A w czym to przeszkadza?

Podział my-oni

„Oni – z niepełnosprawnością” i „My – bez niepełnosprawności”. „Większość naszych klientów” i „Niewielki odsetek naszych klientów z niepełnosprawnością”. „Oni – potrzebujący dostępności” i „My – radzący sobie bez tych wszystkich dodatków”. Tu przebiega linia podziału.

I nawet część osób znających efekt fałszywego konsensusu Nielsena i wynikające z niego „You are not a user” stwierdza, że po prostu osoby z niepełnosprawnością są zbyt dalekie i różne ode mnie żeby to ogarnąć.

A tak w ogóle to te osoby to wcale nie „4,5 miliona potencjalnych klientów, w samej tylko Polsce” jak mówią niektórzy orędownicy dostępności. Spokojnie można odjąć od tego osoby, które np. mają orzeczenie o niepełnosprawności z racji problemów z krążeniem, nie mają nogi czy mają dyskopatię. Przecież to nie wpływa na ich sposób korzystania z komputera czy smartfona. Szach mat!

I już jakoś od razu łatwiej odpuścić sobie dostępność. I kac moralny mniejszy. Zwłaszcza jak pojawiają się pierwsze problemy wdrożeniowe.   

ŚCISŁOŚĆ

Dokładnie zaprojektowane przez UI-ów wyglądy, dopracowane w najmniejszych pikselach i odcieniach, wdrożone w kodzie i przetestowane na różnych przeglądarkach, systemach i urządzeniach – wszystko po to żeby różni użytkownicy w identyczny sposób odbierali nasze rozwiązanie. I w tym momencie wchodzi na scenę użytkownik niepasujący do tej układanki np. słabowidzący i jeszcze ,żeby podkręcić dramaturgię, z zaburzeniami widzenia kolorów. No żesz…

Mamy swój dobrze zaprojektowany core rozwiązania, który z powodzeniem dostosowujemy (sic!) do różnych klientów i sprzedajemy od jakiegoś czasu, z równie dużym powodzeniem. Śmiga na tym dajmy 10 naszych kluczowych klientów, zespół wie jak to ogarnąć, klient wie jak to ogarnąć. Git. Tyle, że teraz ktoś daje warunek, że chciałbym żeby to jeszcze było dostępne albo częściej ”zgodne z WCAG”. I teraz weź to rżnij! Przecież tam wszystko jest bardzo precyzyjnie powiązane, nasze autorskie rozwiązania udało dość karkołomnie ale jednak połączyć z rozwiązaniami standardowymi. Uwagi od dotychczasowych klientów trochę nam zrobiły z początkowego systemu „zamek Gargamela” z wieloma przybudówkami do przybudówek, ale ta nasza układanka działa i nikt się dotąd nie skarżył. Tego nie da się od tak pozmieniać, bo ktoś wymyślił sobie dostępność.

Takich „ścisłości” można przywołać jeszcze wiele. Dotyczą pomysłów na layouty, sposobów działania funkcjonalności, edytora treści, systemów itp. Łączy je jedno – bardzo często są na tyle ściśle i dokładnie zaprojektowane i wykonane, że dodanie jakiegoś ogniwa np. dostępności wydaje się niemożliwe bez rozwalenia wszystkiego w pył.

Aha, jest jeszcze jedna ważna ścisłość. Ścisłość myślenia o użytkownikach z niepełnosprawnościami. Często zapominamy, że np. użytkownicy czytników ekranu mają różne umiejętności w obsłudze tych programów, niektórzy są biegli w korzystaniu z urządzeń mobilnych inni nie są w stanie się do nich przekonać itd. Nie ma czegoś takiego jak statystyczny użytkownik niewidomy, statystyczny użytkownik słabowidzących, nie mówiąc już o statystycznym użytkowniku z niepełnosprawnością.

Zniszcz wrogów zmieniając ich w przyjaciół

Pomysł takiej zamiany nie jest mój tylko Abrahama Lincolna ale równie dobrze pasuje do zmagania się z Południowcami jak i z nowymi wrogami, przepraszam, przyjaciółmi dostępności.

Nie chodzi mi bowiem o wyeliminowanie WCAG z prac nad dostępnością cyfrową, udawanie, że pojęcie niepełnosprawności nie wiąże się z żadnymi specyficznymi kwestiami także w projektowaniu. Nie chodzi mi też o bezrefleksyjne podważanie sensu dokładności u projektantów czy deweloperów.

To o co mi chodzi?

O traktowanie standardów WCAG jako przewodnika do zapewnienia dostępu do rozwiązania cyfrowego maksymalnie dużej grupie użytkowników, a nie celu samego w sobie. Celem jest zadowolony użytkownik, także ten który może nieco inaczej obsługuje nasze rozwiązanie, WCAG to zbiór zasad, propozycje rozwiązań, ale także wskazanie obszarów potencjalnej niedostępności, których nie powinniśmy zostawiać samych sobie w żadnym projekcie.

Chodzi mi także o przestawianie myślenia z „niepełnosprawność” na „brak sprawności”. Nie na poziomie słownika, ale myślenia o projektowaniu. Próbujesz ogarnąć zakupy on-line jednocześnie zajmując się trójką rozbrykanych dzieciaków, których nie masz jak zbyć bajką, bo właśnie korzystasz z „wyświetlacza” tych bajek. Jedziesz w lipcu tramwajem i próbujesz znaleźć informacje o kliencie, z którym masz się spotkać, ale nic nie widzisz bo słońce tak daje w ekran Twojego smartfona, że zaraz wypali matrycę. Żona mówi „kup dziewczynkom łososiowe bluzki”, a ty myślisz gdzie jest dział rybny żeby pobrać próbnik koloru. Jedziesz samochodem jednocześnie próbując zmienić coś na smartfonie korzystając z jednej ręki i jednego oka. Siedzisz na nudnym wykładzie i jedyne co Cię trzyma przy życiu to serial oglądany na trzymanym na kolonach smartfonie. Oczywiście z napisami – teoretycznie dla niesłyszących. I nagle dostrzegasz, że „brak sprawności” i „brak możliwości” wykonania czegoś nie zawsze musi wynikać z orzeczenia o niepełnosprawności.

Co do ścisłości, to nie odpuszczając, tam gdzie to niezbędne, dokładności, warto dbać o adekwatność i adaptowalność. Użytkownicy są dużo bardziej zróżnicowani niż nam się czasem wydaje. To właśnie adekwatność doświadczeń może być lepszym rozwiązaniem dla zapewnienia dostępności niż szukanie na siłę identycznych doznań np. dla użytkowników posługujących się i nieposługujących się wzrokiem. Takie podejście w przeciwieństwie do ścisłości otwiera głowy, wymusza myślenie i pozwala tworzyć innowacje przyjazne dla naprawdę wielu, naprawdę różnych użytkowników.

PS

Artykuł jest wynikiem moich przygotować do wystąpienia pod tym samym tytułem na łódzkich Batonach. I nawet ma być dostępne nagranie z moją prezentacją, ale ponieważ w jej trakcie udzielił mi się nieco stand-upowy klimat miejsca i wydarzenia to postanowiłem wyłożyć to jeszcze raz w bardziej uporządkowanej formie 😉.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *